Kiedy byłem małym chłopcem, to robiłem reinstalki – Nerdfest, dzień piąty

Co robiliście, będąc małymi chłopcami, bądź dziewczynkami? Bo ja formatowałem kompa i robiłem reinstalki Windowsa. „Kiedy byłem małym chłopcem”, brzmi tytuł jeden z jednych bardziej znośnych polskich piosenek. Co prawda śmierdzi nieco Dżemem, ale prawie niezauważalnie. Podobnie jak zapach mojej wczesnej nastoletniości, która lekko zalatuje kurzem z obudowy komputera.

Zaczęło się od tego, że mając latek osiem strasznie chciałem zainstalować sobie nową grę. Już nie pamiętam jaką. Dysk twardy jednak zapełniony był po brzegi. Poszukałem, poszukałem i wykasowałem parę plików z jakiegoś folderu. Jeden z większych nazywał się commander.exe, albo command.exe, tak mi się przynajmniej wydaje. Miałem na komputerze grę, która nazywała się Command & Counquer, także wywnioskowałem, że to musi być coś związanego z tym. Przykra prawda okazała się być inna – był to jakiś plik systemowy, którego brak okazał się być dosyć katastrofalny w skutkach. Ojciec informatyk próbował ratować sytuację, ale pozostałe rzeczy, które pokasowałem też były plikami systemowymi. Przykra część historii jest taka, że na tym komputerze mój ojciec pracował i trzymał owej pracy owoce. Po tym zdarzeniu przez wiele tak bałem się nawet wchodzić do folderu „Windows”.

Naszło mnie znowu, miałem już komputer do wyłącznego użytku (no, z młodszym bratem). Gdzieś od dwunastego do szesnastego roku życia potrawiłem z nudów sformatować dysk, wrzucić do napędu dysk z Windowsem, uruchomić instalację (a kiedyś nie trwało to pół godziny jak teraz, można było pojechać na drugi koniec miasta po CD-Action i wrócić), a potem wgrywać i ściągać wszystkie potrzebne programy i gierki. Czasami nawet ich nie ściągałem, ale instalowałem z płyt, takie to były czasy icon smile Kiedy byłem małym chłopcem, to robiłem reinstalki   Nerdfest, dzień piąty Miałem cały stos cedeków z różnego rodzaju czasopism, które kusiły „100 programami, które przyspieszą Windowsa XP”, albo „12 najlepszymi odtwarzaczami MP3”. Czasami trafiały się nawet konkretne 60-dniowe wersje próbne na antywirusy. Szał. Potem dawałem szybkiego nura w stos z grami i wynajdowałem jakiegoś klasyka (Baldur’s Gate na sześciu CD) czy nieograne wersje demo.

Schodził mi na tym cały dzień. Wieczorem i przez kolejne miesiące mogłem jednak delektować się elegancko śmigającym komputerem. Zresztą, zazwyczaj nie poprzestawałem na reinstalce. Posiedziałem trochę w sieci (kiedy już ją miałem), przeszukałem rozmaite fora w stylu Tweaks.pl (kiedyś było inne!) i kierowany mądrością ludzi Internetów grzebałem w plikach systemowych, instalowałem jakieś nakładki, żeby jeszcze bardziej odchudzić system operacyjny i zmusić go do szybszej pracy. Byłem jak dżokej w XIX wieku, bez litości batożący swojego konia. Jak Dżłuana Krupa, dająca po łapach uczestniczkom Top Model, kiedy próbują zjeść pączka.

Miałem nawet okres, kiedy wkręciło mi się podkręcanie komputera. Ojciec ostrzegał, że zepsuję, ale ja wiedziałem swoje – nie podbijanie osiągów, to marnowanie potencjału. Zupełnym przypadkiem okazało się, że w pececie miałem wsadzonego jakiegoś Radeona, któremu sztucznie blokowano potoki, po czym sprzedawano taniej. Jakimś prostym programem je odblokowałem i nagle miałem o 20% lepszą karciochę. To mnie natchnęło. Kupiłem wentlator na procesor za 100zł, z Allegro zamówiłem pastę termoprzewodzącą i kilka małych radiatorów, które przyklejało się chyba na kości RAM, albo chipset. Do tego dwa wentylatory, zapewniające przepływ powietrza przez obudowę i voila! Problem w tym, że do podkręcania procesora trzeba było wgrać nowy BIOS czy coś w ten deseń, a Internetowe Mądrości twierdziły, że w ten sposób można sobie przechlapać mocno. Brzydko mówiąc – obsrałem się. Potem trzeba by było latać po serwisach, gdzie mają specjalne stacje do wgrywania BIOSów, itd, itd. Dałem sobie spokój na kilka lat. Wróciłem do tego na chwilę, kiedy komputer był już w podeszłym wieku. Ot, dla zabawy.

Skąd te wspominki? Otóż zainstalowałem dzisiaj na laptopie mojej dziewczyny Windowsa 8. Powiem Wam, że świetnie ten system wygląda. Jest taki… schludny, czysty, nowy. Interfejs jest bardziej dostosowany do ekranów dotykowych, a ekran powitalny jest odlotowy. Nowy system operacyjny od Microsoftu jest prościutki, śliczniutki i milutki.

Ale gdzieś tam, w głębi duszy, brakuje mi tego gmerania w ustawieniach, sprawdzania parametrów i kombinowania jak koń pod górkę. Czasów, kiedy z dumą mówiło się, że jest się „pecetowcem”, instalowanie sterowników udostępnionych przez ukraińskiego hackera, znalezionych na rumuńskim forum, było normalną praktyką, a pierwszym pytaniem po tym, jak kumpel pochwalił się, że kupił nowego kompa było „Ile masz w 3D Marku?”.

Dzisiaj nikogo to nie obchodzi. Łącznie ze mną. Bo w gruncie rzeczy nie mam już na to czasu, ani ochoty. Po prostu fajnie było wtedy to robić.